Rajd Szwecji 2006, druga eliminacja RSMŚ, jeden z szybszych rajdów w całym cyklu mistrzostw świata, piękne, dzikie rejony w okolicy Karlstadu. I to właśnie, czterem maniakom rajdowym z Polski nam dane było zobaczyć go z bliska, a nawet od środka.
Dla nas cały rajd zaczął się w przeddzień oficjalnego rozpoczęcia rajdu, gdyż mieliśmy do pokonania praktycznie całą Polskę, nasz wspaniały Bałtyk, i spory kawał Szwecji. Ale po kolei…

Jako, że jesteśmy poważnymi ludźmi, pracującymi kolektywnie w fabrykach na becikowe dla innych współrodaków nie zdążyliśmy się rozpoczęcie rajdu oraz czwartkowy shakedown. Za to w czasie kiedy zawodnicy testowali swoje auta przez cały czwartek, my nie próżnowaliśmy, testując ustawienia zawieszenia, hamulców i całego układu przeniesienia napędu w Jarkowym Subaraku, zwanym od tej pory ‘wiśnią’ ;D Co więcej nie skończyło się na jednym krótkim odcinku.

Wyruszyliśmy w środę wieczorem, gdyż przed nami cała noc testów. Początkowo jechaliśmy Luckową treningówką do bazy ‘naszego rajdu’, który znajdował się w Gliwicach. Tam czekał na nas kierowca fabryczny w przygotowanej rajdówce marki Subaru. Podbiliśmy kartę na stacji w Gliwicach i ruszyliśmy na pierwszy OES, czyli Gliwice - Warszawa ;D

Niestety, jako, że spałem nie jestem w stanie powiedzieć za dużo o tym okresie. Obudziłem się dopiero w Warszawie, gdzie musieliśmy doważyć rajdówkę osobą Azraela. Mając już cały skład, udaliśmy się w stronę Gdyni, gdzie czekał na nas prom do ziemii obiecanej. Nadmiar czasu spowodował, że nie przekraczaliśmy 200km/h i spokojnie dotarliśmy do portu grubo przed czasem. Z samego rana parkując w piwnicy promu Gdynia - Karlskrone udaliśmy się na pokład na ostatnie, jak się później okazało normalne piwo. O ile oczywiście można nazwać normalnym Żywca 0.33L za 10PLN
Mimo wszystko pragnąc wziąć odwet za potop szwedzki nie skusiliśmy się na północne piwo, pijąc własnego, choć nienajtańszego Żywca oraz jedząc tradycyjny, polski bigos. Giertych byłby z nas dumny :>

Płynąc tak 10 godzin z prędkością jakiej powstydziłby się nawet Fabio Frisiero (o nim później) korzystaliśmy z uciech, które przygotowała nam polsko-szwedzka załoga promu Stena Line. Trochę odpoczywaliśmy, trochę spaliśmy, oglądaliśmy gromadnie chińską klasykę komedii karate wyświetlaną na pseudo-sali kinowej. Generalnie nie było źle.

Wieczorem nastał przełomowy moment. Zacumowaliśmy statek u wybrzeży Szwecji. Pierwszy raz mieliśmy sposobność oglądać ziemię potomków Karola Gustawa. I oczywiście na ‘dzień dobry’ zaskoczenie. Cisza. Ciemno. Nikogo na drodze. Początkowo mieliśmy wrażenie że wylądowaliśmy przez pomyłkę w okolicach syberyjskiej tajgi. Po chwili, gdy z prawej ujrzeliśmy niezłą kobitkę jadącą Golfem (nawiasem mówiąc jedną z pięciu ładnych kobiet, które widzieliśmy w Szwecji) na szwedzkich blachach, wiedzieliśmy, że obraliśmy dobry azymut. Jako potomkowie Kmicica nie omieszkaliśmy puścić do niej zalotnie oczko, ale niestety szwedzkie kobiety są płochliwe i pierwszy kontakt z samicą szwedzką spalił na panewce ;D

Nie zrażając się jednak ruszyliśmy w głąb Szwecji, ale tutaj także mam niewiele do powiedzenia, gdyż większość czasu wylegiwałem się na tylnej kanapie naszej wisienki ;> Wiem tylko, że mieliśmy do przejechania koło 600km i licząc, że będziemy na styk okazało się, że byliśmy dwie godziny przed czasem przed hotelem, przed którym znajdowało się Rally HQ. Tam kupiliśmy ‘tanie jak szwedzki barszcz’ karnety za jedyne 350SEK i tak wyposażeni udaliśmy się w końcu do Hagfors, gdzie była baza rajdu.

Zanim dojechaliśmy do Hagfors skillował nas na publicznej drodze Jan Kopecky swoją Fabią WRC. Wiedząc, że musi oszczędzać auto na OESy odpuściliśmy mu i nie goniliśmy go, tym bardziej, że było jeszcze ciemno. Nie chcieliśmy potem czytać na czeskich forach, jak się chwali, że nas skillował. Dorwiemy go innym razem :>
Oczywiście nie zalogowaliśmy się na noclegownię tylko ‘z marszu’ uderzyliśmy na OES. Przedzierając się przez zamarznięte jezioro, tłumy szwedzkich (i nie tylko) kibiców, którzy raczyli się tradycyjnymi ‘Tjokami’ (coś na kształt hot-doga, tylko zamiast parówki jest jakaś padaka udająca kiełbasę, przy czym ‘zwyczajna’ z Constaru robi lepsze wrażenie) oraz mocnym piwem (3.5%). W drodze powrotnej trzeba już było przez pijanych Szwedów skakać, bo na lodowej nawierzchni przewracali się czwórkami ;D
Generalnie zabawny widok, wart zobaczenia ;>

W pierwszy dzień pobytu pogoda była wprost piękna, słonko, temperatura nie przekraczająca -10 stopni. Rozłożyliśmy się na odcinku z dala od innych kibiców, czekając na pierwszych zawodników, popijając kultowy napój pasażerów wiśniowych bolidów, czyli polską Wiśniówkę. Wiadomo: “Wiśnia jest wiśnia, witaminy ma przede wszystkim. Pijesz takie dwie i masz komplet”. Dodawała nam ona sił i rozgrzewała nasze przemarznięte organizmy od środka. Po przejeździe ‘zerówek’, które w przeciwieństwie do polskich rajdów nie jadą pełnym ogniem, zobaczyliśmy pierwszą załogę: Markusa Gronholma jadącego nowym Focusem. Po prostu odlot. Jeszcze tylko Loeb nawiązywał z nim walkę, co było widać. Reszta już bez takiego wigoru niestety.
W przerwie między pętlami, mieliśmy dużo czasu, więc zabraliśmy się za robienie kanapek z pasztetem, konkurencji dla Tjoków. Z nudów nawet zaczęliśmy szykować dla zawodników pułapki oddając mocz na pokryty lodem asfalt ;> Niestety nie zrobiło to wrażenia na zawodnikach, chociaż dałbym głowę, że przejeżdżający jak pierwszy Gronholm trochę się poślizgnął ;P

Po całym dniu rajdowych emocji udaliśmy się do nowego miejsca zamieszkania. Okazało się, że przez najbliższe dwa dni będziemy mieszkać w kurniku ;D
Po wywiadzie dowiedzieliśmy się, że kurnik to standard w przyjmowaniu gości w Szwecji. Przeciętny ‘kurnik’ to mały, drewniany domek, w środku łóżeczka, stolik, mała kuchnia a nawet TV. Byliśmy tak zmęczeni, że szybko zakończyliśmy dzień udając się na spoczynek, tym bardziej, że rano o 5:30 mieliśmy pobudkę.

Drugi dzień to prawie kopia dnia wcześniejszego. Z tą różnicą, że pojechaliśmy na inne OESy, inna kolejność startów. Klimat szwedzkiego rajdu jest niesamowity. Wszyscy koczują w lesie od samego rana, palą się ogniska, powiewają flagi. Niektórzy potrafią się nawalić, zanim przejedzie pierwsza załoga ;> Podobnie jak na polskich rajdach, niektórzy po przejechaniu czołówki od razu ruszają na następny odcinek, nie oglądając nawet S1600. A szkoda, bo te wyjące maszynki, zdominowane przez Suzuki z klasy AGD (Ignis przypominający lodówkę i Swift - żelazko) też potrafią pokazać pazurki, nawet na lodowych nawierzchniach.
Przyjemną rzeczą było to, że co rusz na dojazdówkach mijaliśmy rajdówki, tudzież one mijały nas. A wiadomo, że widok wurca na publicznych drogach nie należy do częstych przypadków. Na jednej z dojazdówek spotkaliśmy włoskiego zawodnika Fabio Frisiero, który chyba pomylił drogę, bo gdy wszyscy jechali do parku serwisowego, on jechał z nieznanym nam (i być może jemu) kierunku. Raz nawet Jarek kulturalnie przepuścił Stiga Blomqvista, za co rajdowy dziadek nam podziękował. Gdyby jechał w tym samym kierunku pewnie z ust Azraela padło by sakramentalne ‘SMOKE HIM’;>
Wieczorem udaliśmy się do parku serwisowego, gdzie mogliśmy pooglądać, kto co popsuł i przyjrzeć się z bliska rajdówkom i kierowcom. Najlepszych kibiców miał chyba Gigi Galli, którzy zawodzili mocno stadionową melodię do słów ‘Gigi Gaaaaalli, Ooooo Ooooo’ i tak przez parę minut :>
Po serwisie zacumowaliśmy w kurniku, gdzie dzięki zaopatrzeniu Lucka mieliśmy możliwość delektowania się bigosem i fasolką po bretońsku :>

Azrael natomiast gustował bardziej w szwedzkich słodyczach z górnej półki stacji benzynowej, które to okazały się słodką bułką z bitą śmietaną za jedyne 10PLN Najdroższe ‘ciastko’ jakie wydziałem w życiu. Ale nie ma co narzekać, szwedzki chleb, który kupiliśmy, okazał się słodki hehehe.
Generalnie jeżeli będziecie jechać kiedyś do Szwecji, weźcie ze sobą jedzenia ile tylko możecie ;>

Trzeci i niestety ostatni dzień rajdu zaczęliśmy już standardowo, pobudką o 5:30. Tym razem spakowaliśmy się i już nie wracaliśmy do kurnika. Tym razem jechaliśmy oblodzonym kawałkiem cienkiej drogi w środku lasu. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że nawet przez kilka zakrętów jechaliśmy prosto, bo większość mniejszym lub większym bokiem, za co chwała Jarkowi ;>
Momentami było gorąco, szczególnie rozlokowanym safeciarzom ;>
Na prowadzeniu rajdu nadal był Gronholm i chociaż Loeb atakował, nie mógł dogonić Markusa. Pewnym zawodem był występ teamu Subaru, który nękany awariami niestety nie walczył w czołówce. Miłym dla mnie zaskoczeniem był nowy model Focusa WRC, który prezentuję się rewelacyjnie. Do tego ładne barwy sponsorów doskonale sie komponują tworząc jedną całość. Gronholm oczywiście zwyciężył wyprzedając o 30 sekund Loeba. Zaskoczeniem jest trzecie i czwarte miejsce Lancerów (Carlsson i Galli), które po wycofaniu się z RSMŚ jednak okazują się konkurencyjne i bezawaryjne. Niezły występ polskich załóg, chociaż nie wszyscy ukończyli rajd.
Po porannych OESach dnia trzeciego, mając na uwadze nasz powrót promem, który nie poczeka nawet na nas, musieliśmy zrezygnować z ostatniej pętli i jeszcze raz udaliśmy się do parku serwisowego. Podobało mi się, że koło co trzeciego namiotu serwisowego z tyłu zawsze stało Subaru ;D
No i nie mogę nie wspomnieć, że na dojazdówce widzieliśmy przepiękną Lancię Deltę EVO jadącą w przeciwnym kierunku. Mniaaam ;>
W ten oto sposób zakończyliśmy rajd i powoli wyruszyliśmy w trasę spowrotem w stronę rodzimego kraju. Tradycyjnie już przyjechaliśmy za wcześnie, więc udaliśmy się na zwiedzania Karlskrony. Prom okazał się jakieś 2 klasy lepszy niż ten, którym płynęliśmy z Polski. Najlepszym wynalazkiem okazała się restauracja City Food (Shity Food), w której za 75PLN jadło się i piło do woli. Nie trudno się domyślić, że 3 razy napełniano beczkę z piwem i każdy zjadł z 3 dania ;D Kiedy myśleliśmy, że to już koniec atrakcji, pojawił się nagle znikąd Radek z Karlskrony. Kim jest Radek? Radek jest to nie byle kto. Radek zna wszystkich, jako taksówkarz potrafi sterować autem niczym statkiem kosmicznym. Pokonuje wszystkie prawa fizyki. Ma jedną wadę, jest cholernie gadatliwy i trudno się go pozbyć, ale udało nam się odwrócić jego uwagę na dansingu na promie ;D Poszliśmy spać.
Rano obudziliśmy się dobijając do polskiego wybrzeża. Nie wiem jak inni, ale ja się ucieszyłem, że wróciliśmy :>
Na koniec, pragnę podziękować wszystkim. Luckowi za transport, wiśnię i ciepły prowiant. Jarkowi, który się radarom nie kłaniał, za świetną jazdę, slajdy na rondach, nawet kosztem uderzenia w bandy ;D Azraelowi za komentarze okołorajdowe i nowe pomysły, które niedługo zaaplikuję w aucie :>
Dla nas cały rajd zaczął się w przeddzień oficjalnego rozpoczęcia rajdu, gdyż mieliśmy do pokonania praktycznie całą Polskę, nasz wspaniały Bałtyk, i spory kawał Szwecji. Ale po kolei…

Jako, że jesteśmy poważnymi ludźmi, pracującymi kolektywnie w fabrykach na becikowe dla innych współrodaków nie zdążyliśmy się rozpoczęcie rajdu oraz czwartkowy shakedown. Za to w czasie kiedy zawodnicy testowali swoje auta przez cały czwartek, my nie próżnowaliśmy, testując ustawienia zawieszenia, hamulców i całego układu przeniesienia napędu w Jarkowym Subaraku, zwanym od tej pory ‘wiśnią’ ;D Co więcej nie skończyło się na jednym krótkim odcinku.

Wyruszyliśmy w środę wieczorem, gdyż przed nami cała noc testów. Początkowo jechaliśmy Luckową treningówką do bazy ‘naszego rajdu’, który znajdował się w Gliwicach. Tam czekał na nas kierowca fabryczny w przygotowanej rajdówce marki Subaru. Podbiliśmy kartę na stacji w Gliwicach i ruszyliśmy na pierwszy OES, czyli Gliwice - Warszawa ;D

Niestety, jako, że spałem nie jestem w stanie powiedzieć za dużo o tym okresie. Obudziłem się dopiero w Warszawie, gdzie musieliśmy doważyć rajdówkę osobą Azraela. Mając już cały skład, udaliśmy się w stronę Gdyni, gdzie czekał na nas prom do ziemii obiecanej. Nadmiar czasu spowodował, że nie przekraczaliśmy 200km/h i spokojnie dotarliśmy do portu grubo przed czasem. Z samego rana parkując w piwnicy promu Gdynia - Karlskrone udaliśmy się na pokład na ostatnie, jak się później okazało normalne piwo. O ile oczywiście można nazwać normalnym Żywca 0.33L za 10PLN
Mimo wszystko pragnąc wziąć odwet za potop szwedzki nie skusiliśmy się na północne piwo, pijąc własnego, choć nienajtańszego Żywca oraz jedząc tradycyjny, polski bigos. Giertych byłby z nas dumny :>

Płynąc tak 10 godzin z prędkością jakiej powstydziłby się nawet Fabio Frisiero (o nim później) korzystaliśmy z uciech, które przygotowała nam polsko-szwedzka załoga promu Stena Line. Trochę odpoczywaliśmy, trochę spaliśmy, oglądaliśmy gromadnie chińską klasykę komedii karate wyświetlaną na pseudo-sali kinowej. Generalnie nie było źle.

Wieczorem nastał przełomowy moment. Zacumowaliśmy statek u wybrzeży Szwecji. Pierwszy raz mieliśmy sposobność oglądać ziemię potomków Karola Gustawa. I oczywiście na ‘dzień dobry’ zaskoczenie. Cisza. Ciemno. Nikogo na drodze. Początkowo mieliśmy wrażenie że wylądowaliśmy przez pomyłkę w okolicach syberyjskiej tajgi. Po chwili, gdy z prawej ujrzeliśmy niezłą kobitkę jadącą Golfem (nawiasem mówiąc jedną z pięciu ładnych kobiet, które widzieliśmy w Szwecji) na szwedzkich blachach, wiedzieliśmy, że obraliśmy dobry azymut. Jako potomkowie Kmicica nie omieszkaliśmy puścić do niej zalotnie oczko, ale niestety szwedzkie kobiety są płochliwe i pierwszy kontakt z samicą szwedzką spalił na panewce ;D

Nie zrażając się jednak ruszyliśmy w głąb Szwecji, ale tutaj także mam niewiele do powiedzenia, gdyż większość czasu wylegiwałem się na tylnej kanapie naszej wisienki ;> Wiem tylko, że mieliśmy do przejechania koło 600km i licząc, że będziemy na styk okazało się, że byliśmy dwie godziny przed czasem przed hotelem, przed którym znajdowało się Rally HQ. Tam kupiliśmy ‘tanie jak szwedzki barszcz’ karnety za jedyne 350SEK i tak wyposażeni udaliśmy się w końcu do Hagfors, gdzie była baza rajdu.

Zanim dojechaliśmy do Hagfors skillował nas na publicznej drodze Jan Kopecky swoją Fabią WRC. Wiedząc, że musi oszczędzać auto na OESy odpuściliśmy mu i nie goniliśmy go, tym bardziej, że było jeszcze ciemno. Nie chcieliśmy potem czytać na czeskich forach, jak się chwali, że nas skillował. Dorwiemy go innym razem :>
Oczywiście nie zalogowaliśmy się na noclegownię tylko ‘z marszu’ uderzyliśmy na OES. Przedzierając się przez zamarznięte jezioro, tłumy szwedzkich (i nie tylko) kibiców, którzy raczyli się tradycyjnymi ‘Tjokami’ (coś na kształt hot-doga, tylko zamiast parówki jest jakaś padaka udająca kiełbasę, przy czym ‘zwyczajna’ z Constaru robi lepsze wrażenie) oraz mocnym piwem (3.5%). W drodze powrotnej trzeba już było przez pijanych Szwedów skakać, bo na lodowej nawierzchni przewracali się czwórkami ;D
Generalnie zabawny widok, wart zobaczenia ;>

W pierwszy dzień pobytu pogoda była wprost piękna, słonko, temperatura nie przekraczająca -10 stopni. Rozłożyliśmy się na odcinku z dala od innych kibiców, czekając na pierwszych zawodników, popijając kultowy napój pasażerów wiśniowych bolidów, czyli polską Wiśniówkę. Wiadomo: “Wiśnia jest wiśnia, witaminy ma przede wszystkim. Pijesz takie dwie i masz komplet”. Dodawała nam ona sił i rozgrzewała nasze przemarznięte organizmy od środka. Po przejeździe ‘zerówek’, które w przeciwieństwie do polskich rajdów nie jadą pełnym ogniem, zobaczyliśmy pierwszą załogę: Markusa Gronholma jadącego nowym Focusem. Po prostu odlot. Jeszcze tylko Loeb nawiązywał z nim walkę, co było widać. Reszta już bez takiego wigoru niestety.
W przerwie między pętlami, mieliśmy dużo czasu, więc zabraliśmy się za robienie kanapek z pasztetem, konkurencji dla Tjoków. Z nudów nawet zaczęliśmy szykować dla zawodników pułapki oddając mocz na pokryty lodem asfalt ;> Niestety nie zrobiło to wrażenia na zawodnikach, chociaż dałbym głowę, że przejeżdżający jak pierwszy Gronholm trochę się poślizgnął ;P

Po całym dniu rajdowych emocji udaliśmy się do nowego miejsca zamieszkania. Okazało się, że przez najbliższe dwa dni będziemy mieszkać w kurniku ;D
Po wywiadzie dowiedzieliśmy się, że kurnik to standard w przyjmowaniu gości w Szwecji. Przeciętny ‘kurnik’ to mały, drewniany domek, w środku łóżeczka, stolik, mała kuchnia a nawet TV. Byliśmy tak zmęczeni, że szybko zakończyliśmy dzień udając się na spoczynek, tym bardziej, że rano o 5:30 mieliśmy pobudkę.

Drugi dzień to prawie kopia dnia wcześniejszego. Z tą różnicą, że pojechaliśmy na inne OESy, inna kolejność startów. Klimat szwedzkiego rajdu jest niesamowity. Wszyscy koczują w lesie od samego rana, palą się ogniska, powiewają flagi. Niektórzy potrafią się nawalić, zanim przejedzie pierwsza załoga ;> Podobnie jak na polskich rajdach, niektórzy po przejechaniu czołówki od razu ruszają na następny odcinek, nie oglądając nawet S1600. A szkoda, bo te wyjące maszynki, zdominowane przez Suzuki z klasy AGD (Ignis przypominający lodówkę i Swift - żelazko) też potrafią pokazać pazurki, nawet na lodowych nawierzchniach.
Przyjemną rzeczą było to, że co rusz na dojazdówkach mijaliśmy rajdówki, tudzież one mijały nas. A wiadomo, że widok wurca na publicznych drogach nie należy do częstych przypadków. Na jednej z dojazdówek spotkaliśmy włoskiego zawodnika Fabio Frisiero, który chyba pomylił drogę, bo gdy wszyscy jechali do parku serwisowego, on jechał z nieznanym nam (i być może jemu) kierunku. Raz nawet Jarek kulturalnie przepuścił Stiga Blomqvista, za co rajdowy dziadek nam podziękował. Gdyby jechał w tym samym kierunku pewnie z ust Azraela padło by sakramentalne ‘SMOKE HIM’;>
Wieczorem udaliśmy się do parku serwisowego, gdzie mogliśmy pooglądać, kto co popsuł i przyjrzeć się z bliska rajdówkom i kierowcom. Najlepszych kibiców miał chyba Gigi Galli, którzy zawodzili mocno stadionową melodię do słów ‘Gigi Gaaaaalli, Ooooo Ooooo’ i tak przez parę minut :>
Po serwisie zacumowaliśmy w kurniku, gdzie dzięki zaopatrzeniu Lucka mieliśmy możliwość delektowania się bigosem i fasolką po bretońsku :>

Azrael natomiast gustował bardziej w szwedzkich słodyczach z górnej półki stacji benzynowej, które to okazały się słodką bułką z bitą śmietaną za jedyne 10PLN Najdroższe ‘ciastko’ jakie wydziałem w życiu. Ale nie ma co narzekać, szwedzki chleb, który kupiliśmy, okazał się słodki hehehe.
Generalnie jeżeli będziecie jechać kiedyś do Szwecji, weźcie ze sobą jedzenia ile tylko możecie ;>

Trzeci i niestety ostatni dzień rajdu zaczęliśmy już standardowo, pobudką o 5:30. Tym razem spakowaliśmy się i już nie wracaliśmy do kurnika. Tym razem jechaliśmy oblodzonym kawałkiem cienkiej drogi w środku lasu. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że nawet przez kilka zakrętów jechaliśmy prosto, bo większość mniejszym lub większym bokiem, za co chwała Jarkowi ;>
Momentami było gorąco, szczególnie rozlokowanym safeciarzom ;>
Na prowadzeniu rajdu nadal był Gronholm i chociaż Loeb atakował, nie mógł dogonić Markusa. Pewnym zawodem był występ teamu Subaru, który nękany awariami niestety nie walczył w czołówce. Miłym dla mnie zaskoczeniem był nowy model Focusa WRC, który prezentuję się rewelacyjnie. Do tego ładne barwy sponsorów doskonale sie komponują tworząc jedną całość. Gronholm oczywiście zwyciężył wyprzedając o 30 sekund Loeba. Zaskoczeniem jest trzecie i czwarte miejsce Lancerów (Carlsson i Galli), które po wycofaniu się z RSMŚ jednak okazują się konkurencyjne i bezawaryjne. Niezły występ polskich załóg, chociaż nie wszyscy ukończyli rajd.
Po porannych OESach dnia trzeciego, mając na uwadze nasz powrót promem, który nie poczeka nawet na nas, musieliśmy zrezygnować z ostatniej pętli i jeszcze raz udaliśmy się do parku serwisowego. Podobało mi się, że koło co trzeciego namiotu serwisowego z tyłu zawsze stało Subaru ;D
No i nie mogę nie wspomnieć, że na dojazdówce widzieliśmy przepiękną Lancię Deltę EVO jadącą w przeciwnym kierunku. Mniaaam ;>
W ten oto sposób zakończyliśmy rajd i powoli wyruszyliśmy w trasę spowrotem w stronę rodzimego kraju. Tradycyjnie już przyjechaliśmy za wcześnie, więc udaliśmy się na zwiedzania Karlskrony. Prom okazał się jakieś 2 klasy lepszy niż ten, którym płynęliśmy z Polski. Najlepszym wynalazkiem okazała się restauracja City Food (Shity Food), w której za 75PLN jadło się i piło do woli. Nie trudno się domyślić, że 3 razy napełniano beczkę z piwem i każdy zjadł z 3 dania ;D Kiedy myśleliśmy, że to już koniec atrakcji, pojawił się nagle znikąd Radek z Karlskrony. Kim jest Radek? Radek jest to nie byle kto. Radek zna wszystkich, jako taksówkarz potrafi sterować autem niczym statkiem kosmicznym. Pokonuje wszystkie prawa fizyki. Ma jedną wadę, jest cholernie gadatliwy i trudno się go pozbyć, ale udało nam się odwrócić jego uwagę na dansingu na promie ;D Poszliśmy spać.
Rano obudziliśmy się dobijając do polskiego wybrzeża. Nie wiem jak inni, ale ja się ucieszyłem, że wróciliśmy :>
Na koniec, pragnę podziękować wszystkim. Luckowi za transport, wiśnię i ciepły prowiant. Jarkowi, który się radarom nie kłaniał, za świetną jazdę, slajdy na rondach, nawet kosztem uderzenia w bandy ;D Azraelowi za komentarze okołorajdowe i nowe pomysły, które niedługo zaaplikuję w aucie :>